53,4kg. Buuu… Niby w dół, ale o wiele wolniej. Boję się momentu gdy waga mimo starań się zatrzyma. Wagę 53,4kg przed gwałtownym przytyciem utrzymywałam przez prawie rok. Jak już wspominałam wcześniej, teraz waga pewnie będzie spadać wolniej. Grunt to się nie poddać nawet jak waga nie ruszy z miejsca. Trening dziś słabo. Dosłownie. Było mi piekielnie słabo więc i wynik słaby. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że nie pamiętam jednego z odcinków trasy. Jak odtwarzałam sobie dzisiejszy „spacer” jakby film mi się urwał w pewnym momencie. Gdy sprawdziłam na Samsung Health przebieg treningu okazało się że na tym etapie szłam i to nawet w niezłym tempie i bardzo równo. Jakby automatycznie. Dziś spróbowałam pierwszy raz w tym roku czereśnie. Uwielbiam je, ale ceny ponad trzydziestu złotych za kilogram zniechęcały. To na tyle marudzenia na dziś Podsumowanie: 09:35 – musli (30g) i płatki kukurydziane (10g) z mle...
Dzień pod znakiem doła. Nie pomógł nawet wskaźnik wagi. 53,5kg , czyli wracam na dobre tory. Tęsknię za moim facetem, nie widziałam go już ponad miesiąc. W nocy miałam koszmary i obudziłam się z silnym pragnieniem wtulenia się w niego… Ale wiem, że to już pewnie się nie stanie. Dzielą nas setki kilometrów, nie wiem czy go jeszcze kiedyś zobaczę. Wiem, że to głupota, że to dziecinne, ale mam takie odczucie, że gdy schudnę do odpowiedniej wagi to wszystko się ułoży. Że jakoś dam radę wrócić tam skąd musiałam wyjechać. Że wrócę do mojej dawnej pracy, do przyjaciół i znajomych, do moich pasji. A przede wszystkim do niego. Tyle, że z jednej strony mój racjonalny umysł podpowiada mi, że to wcale nie ma znaczenia ile ważę, że nic nie zmieni jak schudnę, bo niby jak? Z drugiej głupie marzenia robią swoje… Co się stanie jak nic się nie naprawi? Albo się pozbieram do kupy i zacznę wszystko od nowa, albo będę chudła dalej… W końcu tylko to mi wychodzi dobrze...