Dzień pod znakiem doła. Nie pomógł nawet wskaźnik wagi.
53,5kg, czyli wracam na dobre tory. Tęsknię za moim facetem, nie widziałam go
już ponad miesiąc. W nocy miałam koszmary i obudziłam się z silnym pragnieniem
wtulenia się w niego… Ale wiem, że to już pewnie się nie stanie. Dzielą nas
setki kilometrów, nie wiem czy go jeszcze kiedyś zobaczę.
Wiem, że to głupota, że to dziecinne, ale mam takie
odczucie, że gdy schudnę do odpowiedniej wagi to wszystko się ułoży. Że jakoś
dam radę wrócić tam skąd musiałam wyjechać. Że wrócę do mojej dawnej pracy, do przyjaciół
i znajomych, do moich pasji. A przede wszystkim do niego. Tyle, że z jednej
strony mój racjonalny umysł podpowiada mi, że to wcale nie ma znaczenia ile
ważę, że nic nie zmieni jak schudnę, bo niby jak? Z drugiej głupie marzenia robią swoje… Co się stanie
jak nic się nie naprawi? Albo się pozbieram do kupy i zacznę wszystko od nowa,
albo będę chudła dalej… W końcu tylko to mi wychodzi dobrze.
Miałam tu nie wylewać osobistych żali i zwierzeń, ale dziś
to silniejsze ode mnie.
Podsumowanie:
08:56 – musli (30g) i płatki kukurydziane (10g) z mlekiem
(60g) +kawa – 197kcal
13:03 - truskawki(180g) + po jednym orzechu: nerkowca,
laskowym, migdale i włoskim+suszona morela (8g) – 118kcal
17:34 – barszcz czerwony (200g)+ziemniaki (100g)–
150kcal
19:25 – mandarynka (125g) – 66kcal
- · 531/600 kcal
- · Trening 00:18:16; 6,8km/h
- · Rozciąganie
- · 20/20 min aerobiku
- · 11 756/10 000 kroków
Komentarze
Prześlij komentarz