Dzień pod znakiem doła. Nie pomógł nawet wskaźnik wagi. 53,5kg , czyli wracam na dobre tory. Tęsknię za moim facetem, nie widziałam go już ponad miesiąc. W nocy miałam koszmary i obudziłam się z silnym pragnieniem wtulenia się w niego… Ale wiem, że to już pewnie się nie stanie. Dzielą nas setki kilometrów, nie wiem czy go jeszcze kiedyś zobaczę. Wiem, że to głupota, że to dziecinne, ale mam takie odczucie, że gdy schudnę do odpowiedniej wagi to wszystko się ułoży. Że jakoś dam radę wrócić tam skąd musiałam wyjechać. Że wrócę do mojej dawnej pracy, do przyjaciół i znajomych, do moich pasji. A przede wszystkim do niego. Tyle, że z jednej strony mój racjonalny umysł podpowiada mi, że to wcale nie ma znaczenia ile ważę, że nic nie zmieni jak schudnę, bo niby jak? Z drugiej głupie marzenia robią swoje… Co się stanie jak nic się nie naprawi? Albo się pozbieram do kupy i zacznę wszystko od nowa, albo będę chudła dalej… W końcu tylko to mi wychodzi dobrze...
Treści, które zobaczysz na tym blogu mogą ci się ie spodobać. Więc jeśli szukasz bloga o zdrowym, racjonalnym odchudzaniu i optymalnym połączeniu diety i ćwiczeń... uciekaj, to nie miejsce dla ciebie...